Crisstimm

 
Afiliado: 14/12/2007
The more I learn about people, the more I like my dachshunds
Puntos56más
Próximo nivel: 
Puntos necesarios: 144
Último juego
WordBox

WordBox

WordBox
7 días hace

Zagadka rodziny ze Starowej Góry

O tym, że każdego dnia ktoś „znika z naszych oczu”, dowiadujemy się z gazet, wiadomości, portali społecznościowych, a bywa że niestety i z osobistych doświadczeń. Znikają dorośli, dzieci, kobiety i mężczyźni, lekkoduchy, które życie traktują z przymrużeniem oka ale i też osoby o których nie można powiedzieć, że się tego po nich spodziewaliśmy. Wyczytałam, że w Polsce przeciętnie w ciągu roku odnotowuje się 20-21 tysięcy zaginięć, a  95 % osób zgłaszanych jako zaginione jednak się odnajduje.  Jednak bez jakiegokolwiek ryzyka można stwierdzić, że za każdym takim zniknięciem kryje się zagadka większa, mniejsza, nierzadko bardzo traumatyczna i pełna zadziwiających, mylnych tropów.

Gdy znika cała rodzina,  „na bank” spodziewamy się, że stoi za tym coś szczególnie tajemniczego i powikłanego. I tak też niewątpliwie uznali, choć początkowo ze sporą dawką niedowierzania policjanci ze Rzgowa, gdy roztrzęsiona i zaaferowana kobieta przyszła powiadomić o tym, że dom jej siostry stoi od wielu dni pusty, ogród zarasta chwastami, nikt z tamtej rodziny nie daje znaku życia, a ich telefony pozostają niezmiennie wyłączone.

Przeniesiemy się zatem do  wsi pod Łodzią – Starowej Góry. Mamy rok 2003. W nowopobudowanym domu mieszka pięcioosobowa, trzypokoleniowa rodzina Bogdańskich: Krzysztof, Bożena, mama Krzysztofa - Danuta oraz dwójka dzieci pary: szesnastoletnia Małgosia i dwunastoletni Kuba. To typowa rodzina, gdzie pan domu zarabia na utrzymanie jej członków, a jego żona zajmuje się prowadzeniem domu. Sam dom też nie wyróżnia się niczym szczególnym, zadbany budynek z pięknym, będącym „oczkiem w głowie” Bożeny, ogrodem. Rodzina wiedzie spokojne życie, dzieci chodzą do szkoły, rodzice spotykają się z przyjaciółmi oraz w gronie rodzinnym, szczególnie z rodzicami i siostrą Bożeny, Grażyną, choć co do tej ostatniej – to nie przepada ona za swym szwagrem.

Krzysztof odniósł zawodowy sukces. Zajmował się działalnością związaną z rynkiem informatycznym. Posiadał sklep z komputerami, drukarkami, skanerami i innymi akcesoriami związanymi z tą branżą a oprócz tego dostawał zlecenia na wprowadzanie systemów informatycznych w przeróżnych firmach. Dzięki swojemu przedsięwzięciu wybudował dom, kupił świetne jak na tamte lata auto, wielokrotnie jeździł z rodziną na wypady wakacyjne, a dzieci zapisał do prywatnych szkół.

Cóż, przemiany na rynku gospodarczym i fala taniego sprzętu, sprowadzanego z Chin do Polski,  przyczyniły się do tego, że interes pana Bogdańskiego zaczął podupadać. Krzysztof nie mógł się z tym pogodzić i podejmował przeróżne działania, aby móc wciąż żyć na poziomie, do jakiego rodzina się przyzwyczaiła. Posunął się nawet do tego, że handlował pirackimi oprogramowaniami, lecz co ważniejsze, zaczął grać bardzo ryzykownie na giełdzie. W jego firmie aż sześć komputerów analizowało dane giełdowe, a Krzysztof uważał się, dzięki temu, za wytrawnego, giełdowego gracza i zachęcał również swoich przyjaciół, aby i oni inwestowali pieniądze. W ostatnim czasie przed zaginięciem pożyczył on znaczną sumę pieniędzy od znajomego, w nadziei, iż poczyni świetne interesy na rynku nieruchomości, poprzez zakup i sprzedaż działek budowlanych. Jednak i to nie pomaga i nie zapobiegła złej sytuacji i faktowi, że rodzina żyje ponad stan, a sam Bogdański nie daje sobie rady z problemami finansowymi.

Przychodzi wiosna 2003 roku i zbliżają się Święta Wielkanocne. Do matki Bożeny dzwoni zięć i informuje ją, że w tym roku wyjątkowo nie spotkają się przy stole wielkanocnym. Opowiada, że żona podjęła decyzję o powrocie do życia zawodowego. Chciałaby założyć biuro podróży i aby nauczyć się specyfiki tej działalności postanowiła pojechać na odpowiednie szkolenie do Wrocławia. Szkolenie to będzie trwało kilka dni, więc Bogdańscy uznają to za świetną okazję by  kobieta wzięła ze sobą dzieci i pozwiedzali razem ciekawe miasto. Potem dołączy do nich sam Krzysztof i w komplecie pojadą do znajomych do Niemiec. Pomysł ten, choć trochę kontrowersyjny, bo trwa przecież rok szkolny i spędzanie świąt poza gronem rodzinnym, nie jest czymś zwyczajnym dla tej rodziny, jednak nie wzbudza aż tak dużych podejrzeń i zostaje przyjęty do wiadomości przez teściów. Jedynie jeszcze sama Bożena dzwoni do siostry Grażyny i w rozmowie sugeruje, że przytłaczają ją jakieś problemy, o których chciałaby porozmawiać, jednak nie przez telefon i w późniejszym terminie. W domu Bogdańskich zjawia się ojciec sióstr i zastaje w nim już tylko samego zięcia, który malując strych, potwierdza wyjazd żony i dzieci oraz deklaruje chęć przyłączenia się do nich, zgodnie z planem. Natomiast nieobecność swojej matki tłumaczy jej wizytą u znajomych na czas remontu w domu. Dochodzi również do dość zagadkowego spotkania ze siostrą pani Bogdańskiej. Gdy ta podjeżdża pod dom by spotkać się z siostrą przed jej wyjazdem do Wrocławia, widzi światło lecz drzwi pozostają zamknięte. Kobieta nie daje za wygraną i nieustępliwie puka do drzwi i naciska na klakson zaparkowanego przed domem samochodu. Wychodzi Krzysztof i w oschłym tonie informuje o nieobecności reszty członków rodziny a swojego gościa nie tylko, że nie zamierza wpuścić za próg domu ale i prosi o szybkie wyniesienie się stąd bowiem jest bardzo zajęty. Potem sam Krzysztof jest jeszcze widziany w otoczeniu swojego domu przez sąsiadów.

Mijają święta i jakiś czas po nich, a ze strony rodziny Bogdańskich nie ma żadnego sygnału. Dzieci nie wróciły do szkół, dom stoi pusty, ulubione rośliny ogrodowe Bożeny marnieją. Siostra pani Bogdańskiej, Grażyna, uznaje, że pomimo, iż szwagier uprzedzał, że ich nieobecność może się przedłużyć, w związku z planowaną wizytą u znajomych w Niemczech, trzeba jednak zgłosić zaginięcie.

Funkcjonariusze początkowo niechętnie dają wiarę w jej opowieść no bo to raczej niebywałe aby cała rodzina tak nagle zniknęła bez śladu. Sprawdzają u znajomych z Niemiec, jednak ci twierdzą, że nie tylko nie gościli Bogdańskich ale i wcale nie umawiali się na takie spotkanie. Po kilku dniach podjęta zostaje decyzja o wkroczeniu do domu w Starowej Górze. A tu… Idealny porządek. Firanki uprane, wysprzątane, odkurzone, wszędzie widać schludną rękę pani domu, przygotowane i poprasowane  rzeczy do ubrania domowników, na stole obrus i  świąteczny stroik i tylko w lodówce psuje się jedzenie o krótkim terminie do spożycia. Policja sprawdza ściany, podłogi, kąty domu luminolem na okoliczność plam krwi. Brak śladów. Wiele też wskazuje, że na swoim miejscu są wszystkie rzeczy domowników. Są ich ubrania, walizki, szczoteczki do zębów, ładowarki od telefonów, ulubiony sweter pani domu, bez którego nie wyobrażała sobie wyjścia gdziekolwiek, również niezniknęły lekarstwa schorowanej matki Krzysztofa. I dopiero później policja stwierdza brak dokumentów, dowodów, prawo jazdy, paszportów oraz  telefonów domowników, choć te od zaginięcia nie logowały się do sieci. Mama pani domu, zauważa, że nie może odnaleźć piżamy wnuka mimo, iż inne jego ubrania pozostały nienaruszone. Wszystko to wygląda tak, jakby domownicy opuścili dom na chwilę i mieli zamiar zaraz do niego wrócić.

W toku śledztwa wychodzą na jaw niepokojące fakty. Przede wszystkim sytuacja finansowa rodziny okazała się wręcz katastrofalna. Oprócz pożyczek od rodziny i znajomych Bogdańscy zaciągnęli kredyty w wielu bankach. Zrobili to, co w tamtych latach było  jeszcze możliwe, wielokrotnie pod zastaw domu. I uczestniczył w tym nie tylko sam Krzysztof ale również Bożena i matka Krzysztofa. W kwietniu rodzina wyczyściła również swoje karty kredytowe. Różne źródła podają, że w chwili zniknięcia, zadłużenie Bogdańskich w bankach sięgało nawet miliona złotych. Za zaginionymi banki wystawiły listy gończe. Ojciec Bożeny przypomina sobie pewien niepokojący fakt, bowiem zięć w okresie na kilka tygodni przed wyjazdem nalegał aby ten nauczył się od niego obsługi ich pieca centralnego, tak na wszelki wypadek. Niby to samo w sobie nie jest dziwne, jednak w świetle zdarzeń i tego, że zięć nalegał o to w kwietniu wydaje się podejrzane. Policja odkrywa również, że sam Bogdański szukał przez internet oraz wypytywał znajomych o możliwość zdobycia fałszywych dokumentów.

Od tego przedziwnego zniknięcia rodz,iny upłynęło prawie dziewiętnaście lat. Po sprawdzeniu i podjęciu wielu tropów powstało kilka hipotez na ten temat. Rozważano zemstę i porwanie rodziny przez wierzycieli bowiem istnieje spore prawdopodobieństwo, że zapożyczali się oni również w podejrzanych kręgach. Oczywiście poważnie brana jest pod uwagę możliwość zorganizowanej ucieczki za granicę całej rodziny. Uwagę śledczych wzbudził zapis w pamiętniku pozostawionym przez Małgosię, córkę Bogdańskich o jakiejś ogromnej tragedii finansowej, jaka spotkała ich rodzinę oraz  wspólniku taty, który przekroczył już granicę. Do dziś nie wiadomo kim mógł być ów wspólnik oraz w jakim sensie przekroczył on granicę. Zagadkowe również jest to, że w komputerach w firmie Krzysztofa usunięto wszystkie dyski.Jednak wzbudzającą najbardziej żywy odbiór jest hipoteza o zabójstwie rodziny przez głowę domu i jego ucieczkę bądź samobójstwo.

Mowa była też o wstąpieniu do sekty, o tym, że sam Krzysztof uzyskał statut świadka koronnego jednak póki co, choć w sprawę zaginięcia Bogdańskich zaangażowany został również Interpol, a sama rodzina Bogdańskich  szukała pomocy u jasnowidza, który powiedział im, że żyją, lecz nie chcą z nikim kontaktu, to do dnia dzisiejszego pozostaje ona nierozwiązaną zagadką. 



Krzysztof Bogdański


Bożena Bogdańska


Małgosia Bogdańska (progresja wiekowa)

Kuba Bogdański (progresja wiekowa)


Pa! - Role

Porobiło się jesiennie i zapewne (mam taką nadzieję) i na blogowisku GD pojawią się nostalgiczno-lirycznie-zakatarzone wpisy. Zacznę więc już tę serię króciutką notką o Kimś.
Ten pierwszy pełnojesienny dzień jest rocznicą urodzin jednego z naszych rodzimych najzacniejszych talentów aktorskich. Zrobię małe "kopiuj-wklej" z Wikipedii: ...laureat wielu nagród i wyróżnień, w tym nagród publiczności oraz odznaczeń. Jest sześciokrotnym laureatem prestiżowej filmowej nagrody „Orły” oraz nagród przyznawanych przez jury festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Laureat pięciu Wiktorów i jednego Super WiktoraNa 40. Festiwalu Filmów Polskich w Gdyni uhonorowany Diamentowymi Lwami – nagrodą dla najlepszego aktora czterdziestolecia, Kawaler Orderu Odrodzenia Polski II klasy, odznaczony Złotym Medalem ''Zasłużony Kulturze Gloria Artis''. Pewnie jest tego o wiele więcej ale przecież nie tym się ekcytujemy, gdy patrzymy na jego świetne kreacje filmowe czy teatralne. Dał się nam poznać również w rolach komediowych.
Co by tu jeszcze o nim napisać? Hmm...
Zodiakalna Waga, wzrost - 169 cm, czterokrotnie żonaty, zadebiutował w filmie "Panienka z okienka", jego pasją jest fotografia.
Któż to? Ano, oczywiście Janek z "Czterech Pancernych". ;)



PS. A czy wiedzieliście, że brał udział w zdjęciach próbnych do roli Stanisława Marii Rochowicza vel Marysi w filmie " Poszukiwany, poszukiwana". Angaż otrzymał Wojciech Pokora.

Jakie role Dostojnego Jubilata, Szanowni Państwo, uważacie za najlepsze, najbardziej zapadające w pamięć? ?


Róbmy swoje..... :)

Postaram się napisać ten wpis krótko i zwięźle choć czy mi to się uda, nie obiecuję. 

Hejting, czyli mowa nienawiści w  sieci jest bardzo rozpowszechnionym zjawiskiem i właściwie można powiedzieć, że niestety, ale wciąż znajduje się w fazie rozkwitu. Najczęściej przejawia się za pomocą słów, choć spotyka się go również w formie filmików czy fotomontaży. Myślę, że każdy z nas zetknął się w mniejszym lub większym stopniu z tym zjawiskiem. Umieszczenie w sieci informacji o sobie i swoim życiu sprawia, że trzeba liczyć się z ocenianiem, komentowaniem, recenzowaniem go. W przypadku niektórych osób wypowiadanie się w sieci przekracza jednak ustalone społecznie granice. Najczęstszym podłożem dla obraźliwych uwag jest: chęć obrażania innych, siła wynikająca z bycia anonimowym, zazdrość, np. w stosunku do osób bogatszych, lepiej wykształconych, odnoszących sukcesy, zły nastrój, negatywne emocje, kiepskie samopoczucie i próba odreagowania negatywnych emocji, stereotypy i uprzedzenia w stosunku do określonych grup społecznych, zawodowych, politycznych, silne poglądy polityczne, niezadowolenie ze swojej obecnej sytuacji życiowej. Wyczytałam, że od hejtowania można się uzależnić, podobnie jak od używek. A skoro można się uzależnić to pewnie można też się leczyć więc jest nadzieja. 

     Bronienie się przed hejterami nie jest zadaniem łatwym i właściwie nie ma na nich jednego skutecznego sposobu. Można ignorować złośliwe komentarze, nie wdawać się w dyskusję, usuwać komentarze, "dać ignora" ich autorowi. Zapewne też w oczach rozsądniejszych czytających, taki hejter sam się dyskredytuje, dając świadectwo swemu pieniactwu i agresji. "Jednak ważne jest też to, aby zapamiętać, że mowa nienawiści uwielbia bierny klimat. Tam kwitnie. Szczególnie w internecie, gdzie fałszywe poczucie anonimowości i dystans hejtera od hejtowanego ośmiela do obrażania i szykanowania. Dlatego, spotykając się z mową nienawiści oko w oko, nie warto jej pobłażać ani akceptować jej dominacji w przestrzeni publicznej. Sami hejterzy muszą natomiast liczyć się z konsekwencjami prawnymi. Chociaż polskie prawo nadal ma problem z karaniem hejterów, to pewne mechanizmy zostały już wykształcone. Szerzenie mowy nienawiści w Internecie zazwyczaj klasyfikowane jest jako naruszenie dóbr osobistych, przestępstwo pomówienia czy znieważania. Oznacza to, że za hejt w Internecie, w zależności od kwalifikacji czynu, może zostać orzeczona kara grzywny, ograniczenia lub pozbawienia wolności. Kary za hejt mogą być wysokie i takie coraz częściej są orzekane przez sądy. Hejterzy powinni pamiętać, że w Internecie nigdy nie są anonimowi. Używane pseudonimy czy konta anonimowe nie chronią przed rozpoznaniem. Organy ścigania dysponują coraz lepszymi środkami ustalania tożsamości osób popełniających przestępstwo za pośrednictwem sieci." (korzystałam m.in. ze strony Fundacji HIA Polska, Socialpress)

     Nie ukrywam, że do wrzucenia tej notki skłoniła mnie wczorajsza fala hejtu ze strony pewnego użytkownika, na którą portal Game Desire zareagował zablokowaniem kilkunastu kont. Nie będę się na ten temat jednak rozpisywać, napisałam kilka zdań o tym na blogu Alfy i to wystarczy bo szkoda czasu dla jednego w wielu, grasujących w internetowych przestrzeniach, (nie takich) anonimowych hejterów. 

Powtórzę tylko pointę tamtego wywodu: "Niejedną jeszcze paranoję przetrzymać przyjdzie... robiąc swoje".

,https://www.youtube.com/watch?v=2WrL1l_gABI

Miłego dnia n0.gif?v=122

Jesienne utyskiwania

No popatrz Miły… Popatrz;  znów przydarzył się nam październik.

Pewnie znów zachłysnę się napojem z melancholii, na miodzie.

Ty kolejny sezon przekonać będziesz mnie chciał, że podzielnik

ciepła, przyda się, bo ponoć wtedy to się nieźle z kosztów schodzi.

 

 

Znów przed nami  wieczory z wiatrem, co szlocha niczym Gessler nad rozlanym mlekiem,

z pledami, katarem, termosem z kawą i jamnikami, które fajnie nogi grzeją.

Z infernalnym kacem po grzańcu, z ograną bajką z Osłem, Fioną, Shrekiem.

I ze światełkiem w tunelu, iż zima minie szast-prast  i z nierozważną, na lepsze, nadzieją.

 

 

Na pewno znów będziesz narzekał, że boli cię tam i tam i tu i jeszcze w kolanie.

Ja rankiem odkryję nową, pierwszorzędną wymówkę, by dziś znów nie pobiegać.

Za to wieczorem zapytam,  jak co jesień zresztą:  Skarbie?  Słuchasz mnie Kochany?

Czy ja ci się jeszcze podobam? Milczysz… Eee swoje wiem, więc nie nalegam.

 

 

Dopiero o brzasku, leżąc jeszcze w  inercji podotykowej  i  flanelowej pościeli

westchniesz:  ech Gapciu, nie marudź. Cieszmy się i to cieszmy  nieskrycie,

że chociaż strzyka nas tu i ówdzie i trochę też jakbyśmy już zesklerocieli

to jesień ta nachmurzyła niebo i polityków lecz nie zasnuła nasze życie.



https://www.youtube.com/watch?v=f4wVRboZmlI


Romans wielkomiejski (tekst literacki)

Wiem, że już to kiedyś dawałam ale dzisiaj pewien wpis z  pisma "Mucha" z 1927 roku (-Panno Różo! Na dowód jak panią szalenie kocham, mogę rzucić na chwilę cały mój majątek pod pani małe stopy! - A ile ty masz majątku, kochany Rafałuszek? - Ośm złotych) wywołał u mnie uśmiech i wspomnienie tej oto historyjki, równie ckliwej i pełnej miłości:

 

Choć dzień jeszcze nie wybudził się na dobre z miejskiej, dusznej nocy, Władeczek już odczuwał diabelne znużenie. I wcale nie było ono spowodowane przedłużającym się brakiem zajęcia rutynowego, zwanego pracą, czy też bezcelowym wysiłkiem fizycznym, przez jemiołów określanym gimnastyką albo i też wysiłkiem intelektualnym lub… Właściwie nie ma co dalej kombinować i wymieniać; Władek bowiem wyczerpany był brakiem perspektyw na szaleństwa sercowe zwane pospolicie zakochaniem. 

No bo jak to tak? 

Maj już przyszedł i wszyscy wkoło oczadzieli, nie wyłączając znajomej sąsiadki, podstarzałej wdowy Eulalii, robiącej oczy dziwnie marzące do listowego, co więcej, również sklepikarza, stójkowego w wieku przedemerytalnym, jak i też pana Zygmunta -„złotej rączki” z ulicy Owsianej. No i właśnie Władek, też by tak legularnie chciał, jak Lila (tyle że nie do listowego, stójkowego, sklepikarza oraz pana Zygmunta-„złotej rączki” z Owsianej). Wstyd się przyznać, ale w ostatnich tygodniach posuchy miłosnej to nawet nie miał okazji uszczypnąć entuzjastycznie jakąkolwiek pannę, w co nieco. W minionych miesiącach nie wysłał ani jednego liściku intymnego z wyznaniem: „się mi podobasz”, ani też nawet nie było kogoś, do kogo miałby ochotę takowy ekspediować. Amba... Nie wspomnę też , że ostatniego, skradzionego, zasuszonego już buziaka, którego chowa wciąż na dnie serca, trzyma aż od października zaprzeszłego roku, gdy to nieco oszołomioną nadmiarem wyznań, emocji, wina porzeczkowego oraz smutku w tonie pożegnalnym, pannę Alutkę, odprowadzał na stację kolejową. Wracała nieboga skruszona, w lekkiej niesławie, po wielkomiejskich wojażach, na łono rodziny, na prowincję. A Władek jako jedyny ze znajomych, niepoczuwający się do jej infamii, odprowadził ją w ten pożegnalny, jednostronny „rejs” ku osamotnionemu macierzyństwu. 

- Ech, szucherny ten żywot - westchnął pragmatycznie nasz bohater. 

Ulica, w przeciwieństwie do Władka, była już całkiem obudzona, a nawet i pobudzona, czemu dawała wyraz poprzez przekrzykiwania przekupnia stojącego na rogu Uroczej i Wolnej, odgłos końskich kopyt, stukających o bruk, przy ciągnięciu zbyt ciężkiej dorożki, jak też świergot grupki wróbli, walczących o okruszki z pobliskiej piekarni Żyda Jedediasza albo i też przeciągły gwizd lokomotywy z pobliskiego dworca kolejowego. To ostatnie przywołało bolesne wspomnienie z dna duszy Władysława i wstrząsnęło jego pokładami liryzmu wewnętrznego oraz wywołało mocne pragnienie, jak najbardziej dosłowne. 

Posrany ten żywot i zwyczajnie tandecki! - Już nie westchnął, a wręcz zakrzyknął nasz bohater, mijając paskudną spelunkę, zwaną przez znawców tematu „Parowozownią”. 

Okna tego zakładu gastronomicznego, choć nie do końca wymyte, ukazywały jednak cokolwiek z wnętrza lokalu. I choć w jej wystroju nie było w sumie nic, czym przechodzień z ulicy mógłby poczuć się przyzwany, to jednak pewien szczegół przykuł wzrok Władysława. Uchwycił bowiem zarys postaci dziewczęcej sunącej ścierką w poprzek blatu stolika. Przychyliła się ona przy czynności tej tak, iż zarys jej nóżek wręcz onieśmielił na moment, stojącego na środku trotuaru Władeczka. Na szczęście, jedynie na jakieś piętnaście sekund, bo potem zaraz zebrał odwagę w sobie i śmiało wkroczył w czeluści pokoi mrocznych, zwanych przez znawców i bywalców, nie bez kozery, „Parowozownią”. 

A tam… 

Dziewczę, które Władek poznał już na tyle, by wiedzieć, iż podejrzewać można, że schludne i dbające nad wyraz o czystość, okazało się również być… jawną anielicą. Włos półdługi, jasny, ściągnięty w filuterny ogonek z tyłu głowy, oczęta lazurowe, usta wygięte w najpiękniejszy uśmiech pod słońcem polskiem oraz… i tu wręcz wryło Władysława w podłogę – zjawiskowe absolutnie nogi. Nogi, jakich nie powstydziłaby się najbardziej rasowa na świecie klaczka arabska czystej krwi! Nogi, które oszałamiały na wskroś i uduchowiały równolegle. 

Tak jest! To właśnie była owa miłość od pierwszego wejrzenia! To było to, czego szukał Władek bezkompromisowo; to grom z jasnego nieba, objawienie, a nawet wręcz; jakieś takie zesztywnienie buduarowe. No teraz to tylko objawić się pannie z najlepszej strony, pokazać, iż jest się nie byle fatygantem, teraz to tylko, olśnić, rozentuzjazmować, rozpalić do czerwoności, a potem tylko poprowadzić do ołtarza i żyć... bardzo długo i bardzo szczęśliwie w małym, białym domku na przedmieściach. Mieć psa rasy bardzo wybrednej, dwoje dzieci, pelargonie w oknach… Ach! A... i zapytać się wpierw, o imię tej anielicy. 

I od tego właśnie postanowił zacząć romans nasz Władeczek. 

Usiadł przy drugim stoliku od ściany, założył nogę na nogę w bardzo eleganckim stylu, przywołał wykwintnym ruchem ręki pannę i zadysponował sobie pokaźne śniadanko z menu. 

Gdy dziewczę podawało do stolika zamówienie, Władysław stentorowym głosem (specjalnie obniżył go o dwa tony) zagaił: 

- Taka alegancka panienka to jak nic musi mieć bez liku absztyfikantów. 

- A gdzieżby? Szanowny pan raczy se poważne żarty stroić – burknęła kelnereczka. 

- Powaga! Nie żebym tak bez salonowego alibi pannie kity wciskał. - Na poręczenie swych słów i intencji szanowny pan buchnął się w pierś z całej siły, co zresztą sprawiło, iż połykany właśnie śledzik w zalewie octowej lekko ugrzązł w gardle. 

Gdy już doszedł po długim kasłaniu do siebie, lekko zachrypniętym głosem wydusił: 

- Kieliszeczek, złociutka, bo mnie coś w cherchlu utknęło. 

Panna w try miga uwinęła się z poleceniem, tym bardziej, iż poza panem Władysławem nikogo jeszcze ze stałych bywalców oraz innej klienteli w restauracji nie było. 

I wtedy Władeczek przystąpił do bezpośredniego szturmu: 

- Fajnista panienka to i imię musi mieć najpierwsze, co? 

Kelnereczka lekko przymrużyła oczy i przenikliwie popatrzyła. Nie od razu odpowiedziała. Widać była z tych bardziej na bajer ostrożnych. 

- A nawet jak fajniste, to co? 

- Eee, panna pewnie pomyślała, że jaki chomąt ze mnie jednakowoż? A to nie tak. Mnie to chce się poznać imię takiego anioła, jak pani. Modlić się potem będzie do kogo w wolne popołudnia… 

Widać argumenty trafiły do dziewczęcia, bo krótko odpowiedziała: 

- Kazimiera. 

Po czym odeszła do swych obowiązków truchcikiem, bowiem właśnie weszło dwóch klientów i od progu zawołało iż, trochę ich, po wczorajszym, suszy. 

Rzucił Władysław jeszcze spojrzenie na odchodzące, bajeczne łydki, westchnął i przepił sam do siebie. 

- Strzała! 

Po czym raz jeszcze westchnął. 

- Ech lalki, lalki... 

A gdy skonsumował zadysponowane śniadanko, nadal czuł głód, tyle że głód jakby bardziej miłosny…No i też poczuł pragnienie, tyle że diabelsko gastronomiczne. 

- Panno Kazimiero! – Zakrzyknął w stronę baru. 

- No jestem. – stanęła lekko zdyszana przy stoliku. – Czymże to usłużyć szanownemu? 

- Hrabini! Seteczkę gołdy! Momentalnie! 

- Już się robi! - Furknęła i tylko jej nieziemskie łydki ponownie zamigotały w oczach Władysława. 

- Moja musi być obowiązkowo – zaprzysiągł szeptem Władeczek i pogrążył się w rojeniach majowo-miłosnych. Widział już siebie w aleganckich sztanach, w wyglancowanych sztybletach, z przepyszną kelnerką u boku, przechadzających się w niedzielne popołudnie po bulwarach, wśród zazdrosnych spojrzeń ferajny i byłych, niedoszłych kochanek. Słyszał już te ochy i achy, pełne zawiści wzdychania i czuł jak rośnie w nim duma z najwyższej próby wybranki. 

Rozsiadł się wygodniej, poczuł się bardziej swojsko, zatoczył koło mocnym, stanowczym spojrzeniem. A co? Przecież to jego przyszła małżonka tu gospodarzyła.  

Stali bywalcy, którzy weszli po Władysławie zdecydowanie zbyt mocno fatygowali pannę Kazimierę i Władek odczuł zniecierpliwienie oraz głód jej bezpośredniej obecności. 

- Panno Kaziu, ogóreczka kiszonego bym se usilnie zażyczył – huknął pełnym głosem. 

Panna Kazia z miną wciąż przepisowo kulturalną podała zielonego zakiszonego, po czym ze sporą dawką lekkości ponownie odeszła ku swym obowiązkom. 

Rozczarowanie lekko ukłuło Władeczka. Jakże to tak? Wielce obiecujące były początki, a teraz taka jakby... zupełnie niewłaściwa obojętność? 

- Panno Kaziu?! 

Zdążył przyzwyczaić się już do jej natychmiastowej reakcji, toteż ogarnęło go ogromne niezadowolenie, iż nie przybiegła na zawołanie. Jednak chwilę później sam ją sobie usprawiedliwiał. 

- Zapracowana. Bidulka moja. A te kiziory nic tylko ją fatygują wte i wewte. 

Pogładził się po karku i głośno odchrząknął. 

No, jak długo można tak czekać? 

Znów odchrząknął, głośno zagarniając ślinę. To powinno zadziałać. Jednak, gdy i ten manewr nie wypalił, zakaszlał, a potem lekko zatupał i zastukał w stolik. 

I owszem, zwrócił uwagę, tyle że stałych bywalców. 

- Szanowny pan, czego zbędny hopsztos czyni? Przyndzie czas, przyndzie obsługa – zbeształ go jeden z nich. 

Już miał Władeczek na końcu języka finezyjną ripostę, która w same pięty poszłaby by rozmówcom, gdy zjawiła się urocza kelnereczka. 

- Królowo! – zakrzyknął prawie na wdechu. - Pić się chce wciąż okrutnie, daj mnie jeszcze seteczkę… albo nie! Lornetę. Aaa i oczywiście meduzę pod to. 

Kelnerka obrzuciła go wnikliwym spojrzeniem, które Władek odebrał jako czułe i pełne podziwu dla jego osoby, coś tam zamruczała pod nosem i odeszła, by po chwili powrócić ze spełnionym zamówieniem. 

Na zycher jej się mocno podobam, pomyślał i obrzucił triumfalnym wzrokiem siedzących w rogu stałych bywalców. A te lutki w życiu nie zdobyłby przychylności takiej glanc kobitki. 

Knajpa pomału zapełniała się gośćmi, a dzień zmierzał w kierunku wieczora. 

Władek miał już niebagatelną konsumpcję na sumieniu, a i z seteczek powstawała już druga dziesiątka. Coraz trudniej było doprosić się niepodzielnej uwagi panny Kazimiery i z coraz mniejszą gorliwością spełniała zamówienia. 

W końcu, gdy po kilkunastu minutach nawoływania podeszła, miała wyraźnie nieżyczliwy wyraz twarzy i srogie spojrzenie. Jednak Władek wziął to za zmęczenie i nawet przemknęła mu myśl, że gdy zostanie jego żoną zakaże jej tak ciężko pracować albo przynajmniej ograniczy tę jej zawodową swobodę. 

- Szanowny pan ma już u nas w poczęstunku okrągłe czterdzieści trzy złote, trzynaście groszy. Czy mógłby szanowny uiścić bieżący rachuneczek przed dalszym zamawianiem? 

No i tu nastąpiła mała konsternacja. Bo choć Władeczek nieba by uchylił swojej bogdance, to akurat takiej kwoty nie posiadał. Ba! W sumie to nie posiadał żadnej, tyle że w tym majowym amoku miłosnym zupełnie o tym zapomniał. 

- Nie będę tu madonno żadnych kabałek opowiadał i powiem wprost, że z tego rachunku to będą nici – wyznał z rozbrajającą szczerością. 

Przez moment myślał, że ujmie ją ta prostolinijna uczciwość i jakoś się tam dogadają, tymczasem panna Kazia zareagowała zupełnie nie po jego myśli. Ujęła się pod boki, zmarszczyła brwi i zakrzyknęła wielce oburzona: 

- Czego to? Pan szanowny raczysz se diabelsko kpić? 

- Nie no, bynajmniej, jak pragnę zdrowia! Tyle, że z kabony właściwie nic nie będzie… Aczkolwiek, jest i sprawa taka… chciałem do niezrównanych nóżek szanownej się pokłonić i rzec coś w materii bardziej poufnej. 

- Paaanie! – zakrzyknęła oburzona Kazimiera. – Czego mi tu farmazony wciskasz? Płać pan natychmiast i to już! 

- Kiedy mówiłem, że nie ma sensu szarpać rymanarki i sięgać do piterka, bo zwyczajnie płótno w kieszeni. 

Tego już było za wiele. Rozeźlona pracownica pchnęła lekko klienta i wrzasnęła mu wprost do ucha. 

- Kizior szubrawy! 

Chciał Władeczek ułagodzić sytuację, obiecać, że wszystko, jak należy, spłaci w odpowiednim czasie, że teraz to nie jest zasadnicze, bo tak właściwie najważniejsze jest rodzące się właśnie uczucie i to właśnie trzeba pielęgnować, a nie martwić się o przyziemne sprawy gotówkowe. 

- Panno Kaziu, to nie że ja jaki byle gzymsik jestem, nie, Boże broń! Ja to leguralnie, chciałem oświadczyć, że choć gotóweczki brak to jest osobista ekscytacja paninymi wdziękami i jest nawet pewna stronniczość w tym względzie… No fakt, jestem i może lekutko pod ankoholem, ale jak Bozie kocham, to wszyściutko oddam, a ciebie madonno… 

Panna Kazia nie dała jednak dokończyć tej pełnej emfazy myśli i zareagowała zwyczajnie ordynarnie, bowiem zawołała w kierunku kuchni, by dali znać na policję, że niby jest poważna chryja. 

I tu faktycznie zrobił się niezły rejwach. Stali bywalcy wtrącili się w dyskurs, wyzywając pana Władeczka od andrusów i szumowin. 

- Ale kochani, pod chajrem, ja to wszystko ułagodzę! – zaklinał się nasz bohater ze łzami w oczach. Jednak nie dało się, otoczyli go, zwyzywali, poszturchali, a jeden skakaniec kopnął dotkliwie w łydkę. 

W całym tym zamęcie pogubił się nasz Władeczek i choć kochał już mocno pannę Kazimierę, to niefortunnym zbiegiem okoliczności, broniąc się przed atakami hordy barowej i ją rąbnął z całej siły w prawe ramię. 

- Auuuuć – zawyła anielica i dorzuciła kilka zupełnie nieniebiańskich epitetów. 

Gdy zjawił się stójkowy, Władziu praktycznie był już obezwładniony. 

Inna sprawa, że faktycznie zaprzestał ataku i obrony i zwyczajnie poddał się emocjom spływającym kroplami po twarzy. 

- Tufta jedna bez czci – sapał, gdy go odprowadzano do aresztu. 

- Widzi władza? Widzi? Przecież na taki mortus każden może się naciąć... Nawet najbardziej oblatany meter. Nie ma chodu... Czego to kobieta może uczynić z porządnego człowieka? Żaden mantyka ze mnie, a ta raszpla takie farmazony na mnie nagadała, obsztorcowała jak wlezie... Panie władzo, a przecież ja ją… 

- Spokojnie wszystko wyjaśnimy na komisariacie. 

Dał się Władeczek odprowadzić na dołek, bo dotarło już do niego, że na nic zda się raban robić. I choć wciąż w nim siedziała złość na odrzucenie prawie-oświadczyn, to równie mocno siedziało przekonanie, iż drugich takich rarytnych nóżek nie znajdzie na całym świecie i że doświadczył właśnie dotnięcia najprawdziwszej miłości. 

- Nie mogę żyć bez niej! – oświadczył w komisariacie na pytanie o nazwisko. 

Policjanci pokiwali ze zrozumieniem głowami, jednak upierali się przy tym, aby zdradził, jak się nazywa. 

- Pod słowem, wrócę tam i zdobędę ją! 

I tu Władeczek kompletnie się rozkleił, bowiem dotarło do niego jak niewiele brakowało, by majowa miłość odmieniła koleje losu i jak pierwszorzędnie to schrzanił. 

- A dajcie mnie lepiej, panie salceson, dożywotkę. Bez Kazi wyłącznie amba. 

Dyżurny wiekowy był człowiek i niejeden złamany żywot już widział, więc bez zbędnych ceregieli pchnął nieszczęśnika w kierunku celi i uśmiechając się smętnie poradził. 

- Utnij ty se lepiej szlumerka, spory pobyt cię tu czeka, a ksiuty same przejdą do jutra. 

A potem, gdy już po spełnieniu powinności służbowych, został sam w pokoju, ciężko przysiadł na krzesełku, pokiwał głową i filozoficznie westchnął: 

- Maj. Maj. Maj. A co roku to samo; ksiuty, lalki, farmazony… Ferajnie maj miesza w makówkach, a my ślipiami świecimy, że w pakamerze miast, jak należy, prawinnych apaszy, samych fatygantów puszkujemy. Sakramencka majówka! K…lempa mać!